José Raúl Capablanca (1888-1942) – kubański szachista, trzeci mistrz świata w szachach, powiedział kiedyś, że dobry szachista ma zawsze szczęście.

Jako dziecko, na początku mojej przygody z szachami, wielokrotnie po zakończeniu partii turniejowej mówiłem „grałem lepiej, ale mój przeciwnik miał farta”. Pamiętam, że pewnego dnia mój trener, Piotr Murdzia, wyjaśnił mi, że szachy są grą bardzo… brutalną. Nie wiem, co dokładnie miał wtedy na myśli, ale po latach uważam, że szachy są grą bardzo… sprawiedliwą.

Podczas rozgrywki szachowej jesteś Ty, szachownica i Twoja odpowiedzialność za Twoje ruchy. To ważne. Pamiętaj, że odpowiedzialność za swoje decyzje to podstawa do osiągnięcia sukcesu. Przy szachownicy i poza nią. Kiedy dziś słyszę „grałem lepiej, ale mój przeciwnik miał farta” – staram się wytłumaczyć mojemu uczniowi, że to nie chodzi o farta, lecz o doświadczenie.

Capablanca to jeden z najlepszych szachistów wszech czasów (często stawiany w jednym rzędzie obok Carlsena, Ananda, Kasprowa, Karpowa i Fischera). Czy Capa miał szczęście? Na pewno tak. Ale jak sam mówi – szczęście sprzyja dobrym szachistom. A co trzeba zrobić, by być dobrym szachistą? Trenować! Czyli skracając nieco myśl: by osiągnąć sukces i mieć szczęście, należy sobie na to zapracować. Jedna z moich ulubionych definicji (często przypisywana Thomasowi Edisionowi) mówi, że szczęście jest tam, gdzie spotyka się okazja z przygotowaniem.

Zgadzam się z tym. Najlepsi szachiści pracują więcej od reszty. Nawet Magnus Carlsen (który swego czasu przyznał się do tego, że mało pracuje nad szachami, zaś jego trener  – Kasparow – twierdził wprost, że jest leniwy), w ostatnich trzech latach wykonał gigantyczną pracę nad debiutami (otwarciami) szachowymi.

Podobnie jest w życiu i biznesie. Warto zdobywać wiedzę, przekuwać ją w doświadczenie i wartościowe lekcje. A wtedy szczęście pojawi się na Twojej drodze w odpowiednim momencie. Tak jak pomogło Carlsenowi w turnieju pretendentów w Londynie 2013 roku, gdy w ostatniej rundzie niespodziewanie przegrał białymi ze Svidlerem i jego głównemu oponentowi (Vladimirowi Kramnikowi) wystarczył remis czarnymi z grającym o nic Iwanchukiem. Los chciał jednak, że przegrał, a Carlsen punktacją dodatkową zdobył prawo do gry w meczu o mistrzostwo świata z Anandem (który zresztą wygrał i do dziś pozostał mistrzem świata). W końcu dobry szachista ma zawsze szczęście.

Szach-mat!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *