Trener mentalny mistrzów świata o tym jak zrealizować cele w Nowym Roku.

Źródło: Facebook.com/jakub.b.baczek

Według badań Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych z 2014 r. tylko 8% Polaków zrealizowało swoje cele, w większości poddając się po pierwszych trzech miesiącach. W naszej kulturze realizowanie celów niemal zawsze zaczyna się od 1 stycznia albo w najlepszym przypadku od poniedziałku do najbliższego poniedziałku.

Kuba, uważam, że każdy start jest dobry, ale najlepszy taki, który wiedzie do konkretnego celu. Mamy więc przed sobą pustą kartkę papieru, która pomoże nam odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób skutecznie wyznaczać cele. Bywa, że zamiennie stosujemy pojęcia celów i marzeń. Czy można między nimi postawić znak równości?  

W dużej mierze to kwestia semantyki. Powiedziałbym, że cele to marzenia z datą realizacji; cele są bardziej w zasięgu ręki niż marzenia, czyli zazwyczaj, przynajmniej tak jest u mnie, marzenia są dużo większe, a cele są składnikiem tych marzeń. Żeby nie szukać daleko, moim marzeniem jest wolność – ale bądź tu mądry, jak tę wolność osiągnąć w tym tygodniu? Wyznaczam więc sobie cele, które przybliżają mi marzenie o wolności finansowej – i tak napisałem książkę, która zaczęła przynosić zyski, zainwestowałem w kawalerkę, która jest kolejnym źródłem dochodu, stworzyłem system e-learningu, który zarabia na siebie, gdy ja zajmuję się czymś innym. To były moje cele, z których utkałem marzenia, wolność finansową. 

Pozwolę sobie wtrącić, że przypomina mi to troszeczkę budowanie strategii w szachach, gdzie marzenia są strategią, a cele taktyką. Na taktykę składają się pojedyncze kroki, które prowadzą do zrealizowania większego, strategicznego planu. A więc z jednej strony cele i marzenia są podobne, z drugiej – cele prowadzą do marzeń. 

„Marzenia są strategią, a cele taktyką. Taktyka to pojedyncze kroki, które prowadzą do zrealizowania większego, strategicznego planu“.

~ Michał Kanarkiewicz

Moje marzenia zawsze były na dużą skalę, z rozmachem. Nie nazwałbym marzeniem faktu, że chcę schudnąć dwa kilo. To nie jest marzenie, to jest cel, za to marzeniem jest w tym kontekście bycie kiedyś zdrowym staruszkiem. To jest coś większego dla mnie, cele są podporządkowane marzeniom. Jeśli ktoś mówi, że nie ma marzeń, to trudno mu wyznaczać cele, do których będzie konsekwentnie dążył, no bo na przykład, jak miałby utrzymać dietę, skoro na dobrą sprawę nie wie, co mu to da. Jeśli dieta ma dać lepszy seks i fajny wygląd na basenie, no to wtedy jest motywacja, by gotować warzywa, natomiast gdyby to miało być na zasadzie: „a, wszyscy teraz lubią diety i ćwiczą z Chodakowską, więc ja też będę“, to nie spodziewam się, że ktoś długo pociągnie ze swoim postanowieniem. Z tego, co mówiłeś, tylko 8% trwa w postanowieniach…

A więc ludzie, którzy nie mają marzeń, mogą mieć problemy z realizowaniem celów. Czy pokusiłbyś się o diagnozę, dlaczego niektórzy nie pozwalają sobie marzyć?

Może dlatego, że są często stłamszeni w swojej indywidualności, boją się marzyć, bo jak patrzą na świat, to widzą wielokrotnie kopie jakichś ról społecznych. Obserwują, że na około wszyscy są na etacie, no to decydują się na etat, większość spłaca kredyt hipoteczny, no to biorą kredyt, ludzie są ponurzy na ulicy, to nie wypada się wychylać. Boję się, że to socjalizacja i konformizm  powodują, że boimy się marzeń. Do marzeń trzeba odwagi! Żeby powiedzieć sobie, będąc studentem, że pragnie się wolności finansowej, to trzeba mieć jaja, bo równie dobrze można sobie strzelić w kolano i znienawidzić się do końca życia, gdyby się tego celu nie zrealizowało. Ludzie wolą, nie ryzykować z marzeniami, obawiając się, że sami siebie zawiodą.

„Boję się, że to socjalizacja i konformizm powodują, że boimy się marzeń“.

~ Jakub B. Bączek

Co więc zaproponowałbyś osobie, która nie chce marzyć, bo się boi i twierdzi, że tego lęku nie pokona?

Zadałbym takie pytanie coachingowe – co chciałbyś osiągnąć w życiu, gdyby nie było żadnych przeszkód, które dzisiaj widzisz? Załóżmy, że jakaś sportsmenka mówi: „chciałabym być olimpijką, ale nie mam na to czasu, bo wychowuję dziecko“, to ja na to zadaję pytanie: „a co byś chciała osiągnąć, gdyby to, że poświęcasz wiele godzin w ciągu roku na wychowanie dziecka, nie było przeszkodą?“. Jeśli ta osoba z żalem w oczach mówi, że śni jej się medal na olimpiadzie, to ja wtedy od razu – jak magik wyciągający królika z kapelusza – podałbym przykłady polskich olimpijek, które są matkami. Zadałbym również pytanie: „co chciałabyś osiągnąć, gdyby te przeszkody, które dzisiaj widzisz, wyparowały?“. To stymuluje do tego, żeby trochę bardziej ambitnie wejść na poziom wyżej. Często mówię: „przebij szklany sufit, który masz w głowie“. Ktoś chce zarabiać 5 000 zł miesięcznie, ale pewnie jak przyjdzie mu jakiś pomysł za 40 000 zł miesięcznie, to go zostawi i powie: „ojej, to tylko wariat by się na to rzucił“ – bo taki wariant nie jest zaprogramowany w jego umyśle. I ja wtedy namawiam: „Przebij ten sufit marzeniami, a będzie ci łatwiej ustalić cele“. 

Super, czyli troszeczkę weszliśmy na grunt treningu mentalnego… 

Często jest tak ze sportowcami albo ludźmi biznesu, którzy od wielu lat zarabiają duże pieniądze, paradoksalnie odczuwając coraz większą frustrację. Dlaczego? Bo nie skalują, produkując wciąż kolejne wymówki. A ja jak mantrę powtarzam pytanie: „no dobra, ale gdyby nie było tych ograniczeń, to ile byś chciał zarabiać?“. To im często otwiera oczy.

To skoro już wiemy, że cele są składowymi marzeń, wyjaśnijmy sobie, co te cele dają? W czym pomagają?

W proaktywności. Cele dają proaktywność. Człowiek nie idzie z nurtem życia. To nie mama decyduje o kierunku jego studiów, a babcia o kandydatce na żonę, tylko on sam, bo ma cele i jest proaktywny. W skomplikowanej strukturze życia cele są dla niego kierunkowskazem. Olbrzymia liczba osób żyje pod czyjeś dyktando. Założę się, że większość z nich nie wyznacza sobie celów. Jeśli na przykład wiemy, że w naszym bloku u mamy mieszka trzydziestoletni facet i pracuje, dajmy na to, w kiosku ruchu, to jest duża szansa – gdybyśmy go zankietowali – że on nie jest w grupie wspomnianych 8%. W ogóle nie jest w jakichkolwiek procentach, bo żadnych celów sobie nie wyznaczył. Gdy natomiast widzimy człowieka, który buduje start-up, ma udany związek, który sprawia mu frajdę, to założę się, że on ma jasno wyznaczone cele. Pewnie gdybyśmy dotarli do jego zeszytu, znaleźlibyśmy w nim trochę notatek na temat tego, co chce osiągnąć. Cele dają proaktywność, to jest nasze paliwo do realizacji zadań.

Jak według Ciebie realizacja celów przekłada się na motywację? Jak to wygląda z Twojej perspektywy?

Zdecydowanie wyznaczanie celów przekłada się na motywację. Jestem tego absolutnie pewny. Wszelkie duże cele wymagają wysokiej motywacji, ale jeśli się te cele utraci, spada również motywacja. Ja to obserwuję u sportowców, którzy trenują, by zdobyć medal olimpijski. Jak wiesz, igrzyska olimpijskie odbywają się co cztery lata, więc jeśli zdobywasz medal olimpijski w Rio de Janeiro w 2016 roku, to już drugiego dnia nie masz celu, którym żyłeś przez ostatnie cztery lata. I teraz jeśli nie wyznaczysz sobie szybko celu na Tokio 2020, to szybko będziemy mieć do czynienia z czymś, co określamy mianem depresji olimpijczyków. Polega to na tym, że człowiek, który wszedł na podium – i nam, telewidzom, wydaje się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – na drugi dzień płacze i nie ma po co żyć. Widziałem to na własne oczy, dla mnie to już nie jest tylko teoria – ci ludzie tracą napęd i motywację, bo przez cztery lata walczyli o kawałek metalu. Gdy go zdobyli, stracili cel życia. To są bardzo smutne historie, które dotyczą też wielu milionerów. Pragnęli być bardzo bogaci, wspięli się na szczyt, i co? I widzę, że nie są szczęśliwi. Przykre historie wielu dobrze zbudowanych mężczyzn i pięknie wyglądających kobiet. Wypracowali cudowne ciała, a kompleksy wcale nie zniknęły. Wniosek? Motywacja jest bardzo silnie związana z celem, dlatego cele trzeba odświeżać, żeby motywację utrzymać. Ja od razu biorę takiego sportowca, a nawet niekiedy robię to przed igrzyskami, i już ustalam cele na kolejną olimpiadę. Chodzi o to, żeby cele się zazębiały, by nie było takich momentów, że pozwalamy sobie na rozpacz. Wyznaczaj sobie cele na zakładkę – gdy czujesz, że jeden się kończy, miej na podorędziu drugi. To jest wprost proporcjonalne do poziomu motywacji. Kłopot jest taki, że wielu ludzi sukcesu jest już tak pewnych tak siebie, że uznaje: „a, przecież mi już i tak wszystko się udaje – po co ja będę cele wyznaczał, czego się nie dotknę, to wychodzi“. No i potem Ci ludzie trafiają do mnie na kozetkę… 

„Motywacja jest bardzo silnie związana z celem i dlatego cele trzeba odświeżać, żeby motywację utrzymać“.

~ Jakub B. Bączek

Z tego, co mi wiadomo, są różne szkoły i metody wyznaczania celów, chociażby ten słynny S.M.A.R.T. Jaki jest Twój patent na skuteczne wyznaczanie celów?


S.M.A.R.T. – koncepcja formułowania celów w dziedzinie planowania, będąca zbiorem pięciu postulatów dotyczących cech, którymi powinien charakteryzować się poprawnie sformułowany cel: Skonkretyzowany (ang. Specific), Mierzalny (ang. Measurable), Osiągalny (ang. Achievable), Istotny (ang. Relevant), Określony w czasie (ang. Time-bound).


Moje cele, należycie zabezpieczone hasłem, spisane są w pliku Worda. Co roku do nich zaglądam, weryfikuję je i według ustalonego schematu wyznaczam sobie cele na następny okres. Mam pojedyncze przypadki, że coś korygowałem, ale raczej trzymam się moich ustaleń z początku roku. Są tam trzy sfery. Pierwsza sfera to jest rozwój osobisty (rodzina, zdrowie, wiedza, ja jako ja), druga – rozwój biznesowy (firma) i trzecia sfera – wolność finansowa (podróże i pasywa). Robię to już od 2009 roku i mam zawsze olbrzymią frajdę z czytania archiwalnych notatek. Niekiedy je sobie drukuję, potem niszczę, szarpiąc na drobne kawałeczki, żeby nikt tego nie czytał, ale mam niebywałą radochę. W jednym z takich starych Wordów, chyba z 2009., miałem marzenie, żeby zarabiać co miesiąc 3 000 zł. To było wtedy, gdy zakładałem STAGEMANA, na tamten stan psychiki to był dla mnie cel – „wow, ale byłby czad, gdybym to osiągnął!“. Dzisiaj te kwoty są na poziomie milionów złotych. Mogę się więc uśmiechać, oczywiście życzliwie, do tego Jakuba z 2009 r., że on jeszcze w ogóle nie rozumiał, na czym to wszystko polega. Kto wie, może Jakub za 10 lat będzie się życzliwie uśmiechał do tego Jakuba, który z Tobą dzisiaj rozmawia, i powie: „parę milionów, o czym Ty w ogóle mówisz“. Ta kartka daje mi niezwykle silną motywację. Zdradzę Ci trik z trzema kolorami, które bardzo porządkują mi koniec miesiąca. Kolor zielony oznacza, że dany cel szczęśliwie zrealizowałem; pomarańczowy – jestem w trakcie, ale jeszcze nie widać rezultatu; czerwony – dałem ciała. Im bardziej strona jest zielona, tym większą czuję motywację. Główny cel jest taki, aby kartka była zielona w grudniu tego roku, a później w grudniu przyszłego roku, i przyszłego, i wtedy będę miał powera, żeby bardziej ambitnie podejść do celów na następny rok. Ta strategia działa mi już dziesiąty rok. 

To Twój autorski pomysł? 

Tak, intuicyjnie to sobie kiedyś stworzyłem i tak się trzymam. Najczęściej robię kopiuj-wklej i tylko przepisuję tekst albo liczby, np. kwota X, Y kilogramów lub Z wyzwań. Działając rokrocznie według tej zasady, dostrzegam, że jestem sprawniejszy w realizacji celów. Oczywiście – chciałbym to podkreślić – zdarzają mi się korekty. Nie trzymam się tego bardzo radykalnie. Wyznaczyłem sobie np. 25 podróży w ciągu roku, a zrobiłem 23. Nie psuje mi to jednak humoru, robię korektę, bo być może nie mam ochoty na kolejną grudniową podróż, nie będę tego robił na siłę, żeby zaliczyć jakąś cyferkę. Wpisuję wtedy do pliku „23“ i na taką korektę sobie pozwalam, ale robię też korektę w górę. Drugi przykład – jeśli na „Życiu pełnym pasji“ chciałbym zgromadzić 700 osób, ale już na początku zapisów zbiera się pełna lista chętnych, to jestem na tyle odważny, by podnieść poprzeczkę do 1400, bo wygląda na to, że jest to do zrobienia. Robię więc taką ramę, która jest stała, ale nie jestem radykalny w poszczególnych aspektach.

A ile celów wyznaczasz sobie rocznie?

Czekałem na to pytanie. Myślę, że w każdej z tych sfer jestem w stanie zrealizować maksymalnie po pięć celów, co rocznie daje 15, a więc średnio jeden cel na miesiąc. Oczywiście one są do siebie równoległe, ale nie przeciąża mnie to, przy czym chcę podkreślić, że wielu klientów, których mam, powinno wyznaczać sobie mniej celów niż te moje 15, bo jeszcze nie są zbyt pewni siebie, mają jakieś braki w kompetencjach albo są za młodzi na takie ambitne rzeczy. Raczej staram się nie wyznaczać więcej celów, bo boję się utraty focusu.

A jak zaczynałeś, to ile celów sobie wyznaczałeś? 

Też 15, co nierzadko skutkowało przerwanymi obszarami. Wyznaczałem 15, ale nie zawsze doprowadzałem do ich realizacji. 

Jak myślisz, ile celów powinni sobie wyznaczać Ci, którzy robią to pierwszy raz w życiu? Jaka liczba jest dla takiego człowieka realna? 

Sugerowałbym na pierwszy rok wziąć do 10 celów. I co miesiąc serwować sobie autofeedback, tak jak ja to robię regularnie od 10 lat. To jeden z niewielu nawyków, które robię naprawdę bardzo regularnie, kręci mnie.  Co miesiąc zadaję sobie pytania: „czy zrobiłeś to w lipcu? Super, zrobiłeś – na zielono. Nie udało się? No to na czerwono“. Rozumiesz? Co miesiąc spotykam się niejako z własnym coachem. 

A czy korzystałeś kiedyś z usług coacha?

Nie, chociaż miałem kiedyś z coachem do czynienia podczas pięciu sesji – to taka śmieszna historia związana z portalem goldenline.pl, na którym znalazłem ogłoszenie, że ktoś uczy się coachingu i da pięć sesji za darmo pierwszej osobie, która się zgłosi. Nie miałem wtedy takiego portfela jak teraz, więc skontaktowałem się z tym człowiekiem i on za darmo udzielił mi pięciu sesji przez Skype’a. Wtedy po raz pierwszy doświadczyłem, jak to działa, na jakich mechanizmach się opiera i  że pytania zadawane podczas tych spotkań dają całkiem ciekawe konkluzje. Nie zapłaciłem mu wtedy ani grosza, minęło parę lat, a ja spotkałem tego gościa na moim szkoleniu. Podszedłem do niego w przerwie, zapytałem, czy to on, i przypomniałem, że dał mi kiedyś darmowy coaching, a on na to: „cholera jasna, to ty się trochę bardziej rozwinąłeś niż ja“. Zresztą możemy go nawet pozdrowić, to był Krystian. To była moja jedyna historia z coachem tak sensu stricto, bo nie mówię o tym coachingu wypaczonym, który jest jakąś papką, tylko mówię o coachingu w tej oryginalnej wersji, gdzie zadaje się mądre pytania. Bywa też, że w roli nie tyle coacha, co mentora stawiam Jacka Santorskiego. Niejednokrotnie przy okazji pisania naszej książki zadawaliśmy sobie nawzajem pytania, dzięki którym korzystaliśmy efektywnie z tego wspólnego czasu. Mogę więc powiedzieć, że Jacek Santorski był wtedy moim trenerem mentalnym albo supervizorem. 

A czy brałeś udział w jakimś szkoleniu, warsztatach z coachingu czy jesteś raczej samoukiem? 

Skończyłam roczne studium Laboratorium Arkana Biznesu w Katowicach, które się nazywało Akademia Trenerów Biznesu. To roczne studium z jednej strony bardzo mnie  frustrowało, ale z drugiej strony poznawałem tam wiele interesujących narzędzi coachingowych. Z perspektywy czasu widzę jednak, że dobrze robię, słuchając serca. Nie podobało mi się propagowanie bardzo biernej postawy. Wykładowcy, którzy nas tam uczyli, kładli nacisk na fakt, że trener musi być z boku, że trener nie dodaje, trener słucha, trener pisze na flipcharcie to, co mówi grupa. Trener ustala kontrakt i tak na dobrą sprawę, jeśli go nie ma, to i tak nikt nie zauważy. Bardzo mnie to irytowało i już wtedy czułem – jeszcze jako szczawik, który nie robił żadnych szkoleń biznesowych – że coś mi nie gra, że w tych czasach to nie na tym polega. 

Czy zdarzyły Ci się momenty zwątpienia w Twoje cele? Jeśli tak, to jak się wtedy zachowujesz – robisz przerwę, czy bez względu na wszystko idziesz jak przecinak i realizujesz cel? 

Nie ma radykalnej odpowiedzi. Są takie cele, że jestem bardzo zmęczony ich realizacją, ale cisnę, idę dalej, nie użalam się. Bywało, że byłem ekstremalnie zmęczony, np. na Mistrzostwach Świata w 2014 r., ale gdy pukał jakiś siatkarz, że chce czternastą sesję, to ją robiłem. Zagryzałem zęby, było mi ciężko, ale robiłem to, bo wiedziałem, o co walczę. Zdawałem sobie sprawę, że walczę o bycie mistrzem świata do końca swojego życia. Najważniejsze były determinacja i konsekwencja, zero użalania się. Nie ukrywam jednak, że zdarzają się też takie cele, które mnie męczą, i bywa, że pozwalam sobie na jakiś czas lenistwa, a w pojedynczych przypadkach nawet na kapitulację. Po czymś takim zadaję sobie pytania: „co się stało Kuba , że to ci się nie udało?  Czy to cię nie kręci, czy jesteś za głupi, czy robiłeś to na pokaz, bo chciałeś komuś zaimponować? Może to w ogóle nie jest Twój cel?“. To jest praca nad świadomością siebie – bez ataku, z łagodnością wobec siebie zastanawiam się, jakbym był swoim partnerem biznesowym: „Kuba, co się wydarzyło?“. I wtedy ten sam Kuba odpowiada: „wiesz co, no wydaje mi się, że to wszystko było dla szpanu“. Zabrakło mi paliwa, bo tak naprawdę nie jest to dla mnie. Dla szpanu mogło być na przykład to, że bardzo chciałem zrobić doktorat. Pisałem go u wybitnego profesora, który był szefem PAN-u, coraz bardziej czułem jednak, że zjazdy i seminaria mnie męczą. Traciłem energię, aż pewnego dnia zadałem sobie pytanie: „Kuba, po co tak bardzo chcesz napisać ten doktorat?“. I doznałem olśnienia – dla szpanu! Chciałem zaimponować innym, ale zabrakło mi energii, bo to nie był mój cel, a jedynie iluzja, że będę lepszy, bardziej wartościowy. Ostatecznie cel zaznaczyłem sobie na czerwono, rzuciłem studia i z ulgą stwierdziłem: „masz rację, nie musisz być doktorem“.

A dlaczego teraz robisz doktorat?

Teraz piszę go dla siebie, nie będzie mi zależało, by napisać na Facebooku „dr Jakub Bączek“. Chcę zrobić wartościowe badania, które udowodnią mi niektóre rzeczy, które robię intuicyjnie. Zdecydowałem się na doktorat (z psychologii treningu mentalnego w sporcie – przyp. MK) dla swojej satysfakcji. Domyślam się, że z tego będą kolejne cele, zaproszenia na konferencje naukowe i pewnie wielkie pieniądze, ale mój główny cel jest taki, że chcę zobaczyć, czy to, co robię w sporcie, i co działa, na pewno jest taką niezaprzeczalną wiedzą naukową, bo być może mam po prostu niesamowitego fuksa!

Pytanie profilaktyczne – co robisz na wypadek, gdyby Twój plan miał się nie zrealizować? 

Zadaję sobie pytanie, czy to jest na pewno mój cel. Być może go w ogóle skreślę z mojej listy albo sprawię, by był bardziej mój. Widzę czasami, że dałem mojemu zespołowi liczbę do zrealizowania i oni zmierzają do tej liczby, ale w firmie panuje straszny stres i napięcie sięga zenitu. Jako chciwy szef czekałbym, aż oni tę liczbę zrealizują, lecz jako mądry szef nie chcę, by ci ludzie się wypalili zawodowo, i być może sam wyjdę do nich i powiem: „słuchajcie, założyłem, że zrobicie czegoś dziesięć, w połowie roku macie trzy i widzę, że być może to ja przesadziłem. Biorę to na siebie, spróbujmy zrealizować osiem, ale spotkajmy się za kwartał, żeby w partnerskiej rozmowie porozmawiać, czy możemy wrócić do dziesiątki“. I teraz, jak oni robią osiem, być może chętniej do tej pracy będą przychodzić, i to jest dla mnie wartość dodana. A być może przez te pół roku luzu psychicznego zrealizują bardziej kreatywne pomysły i zdarzy się, że sami przyjdą we wrześniu i powiedzą: „szefie, zróbmy dziesięć“, czyli wtedy koryguję cele pod kątem mojego zespołu. Bo ja dążę do tego, by moi pracownicy byli szczęśliwymi ludźmi, nie chcę, żeby przychodzili, tak jak w wielu korporacjach, by ich cisnąć. Staram się być zaprzeczeniem korpo w każdym aspekcie. Chcę pokazywać światu, że to się udaje w praktyce. Obecnie mam taką sytuację ze zbyt trudnym celem dla jednego z moich pracowników, który wyzanczyłem na początku stycznia. Widywałem ostatnio tę osobę w firmie smutną i gdy ją bardziej docisnąłem, wyjaśniła mi, że jest jej  strasznie wstyd, że tego celu nie realizuje. Wtedy pomyślałem, że to ja powinienem się wstydzić, bo może to ja dałem za wysoki cel. Jeżeli ten człowiek ma być nieszczęśliwy, pracując u mnie, to ja nie chcę takiego celu. 

Teraz zadam zupełnie inne pytanie: Czy Twoim zdaniem warto celebrować sukcesy? Pytam dlatego, bo jest bardzo dużo osób, które osiągnęły spory sukces, a zapominają o jego ucztowaniu –  znajomy opowiadał mi, że w dużej, międzynarodowej firmie, w której pracował, w ogóle nie było czasu ani przestrzeni do świętowania. Koniec ważnego projektu był jednocześnie początkiem kolejnego.

Musi być świętowanie! Organizm powinien być wyuczony, że należy Ci się impreza po realizacji celu, bo to motywuje. To się określa mianem uwarunkowania – jeśli możemy uwarunkować wyciek śliny u pieska na sygnał dzwonka, to tak samo możemy uwarunkować u siebie motywację, jeśli sprawiamy sobie wielką frajdę za realizację jakiegoś odcinka celu. Ja jestem typem faceta, który potrafi raz na jakiś czas rzucić wszystko i świętować to, co zrealizował. Staram się też uczyć tego mój zespół. Jeden z bardziej jaskrawych przykładów – po bardzo dobrym roku kupiłem bilety do Nowego Jorku dla swoich głównych menadżerów. Powiedziałem: „jedziemy na Sylwestra, posłuchamy sobie Mariah Carey na żywo“. Oni oczywiście zrobili wielkie oczy: „jak to? Myśmy się spodziewali, że Ty zrobisz Sylwestra, ale myśleliśmy, że to będzie impreza w Sosnowcu“, a ja mówię: „nie, zabieram Was do Nowego Jorku, trzeba świętować, osiągnęliśmy wielkie rzeczy, chcę żebyście do końca życia zapamiętali, że to wy się do tego przyczyniliście i będziemy to realizować, słuchając Michelle Obamy i Mariah Carey na Times Square“. Zdarza mi się zabrać kogoś na kawę do Wenecji, niedawno byłem w Monako ze swoją dyrektorką… Jeśli wykonałeś świetną robotę, to świętuj! Po wygranych mistrzostwach świata sam namawiałem siatkarzy, chodziłem, polewałem, chociaż alkoholu nie piję, żeby się bawili do rana. Byliśmy w hotelu Angelo ze złotymi medalami i robiłam wszystko, żebyśmy doczekali tej kolacji do śniadania. Niech się cieszą! W ich mięśniach i ich rodzinach jest tylko pamięć, jak ciężko było to osiągnąć.

Powiedziałeś o wielkich sukcesach w Twojej firmie, osiągnięciach siatkarzy, co jednak z mniejszymi celami, takimi bardziej przyziemnymi? 

Ważne, by nagrody były adekwatne do celu. Jeśli zrobiliśmy wielką sprzedaż, to kupujemy wielką wycieczkę do Nowego Jorku, ale jeśli ktoś obiecał sobie na przykład, że zrobi remont w piwnicy albo że napisze dwa posty na bloga, to na tę skalę trzeba sobie dać jakąś nagrodę – zaprosić siebie samego na kolację, pójść na długi spacer czy być może po prostu zrobić sobie dzień bez telefonu z gorącą kąpielą, fajnym obiadem i oglądaniem ulubionego serialu przez cały wieczór. Na dobrą sprawę nie trzeba wydać dużo pieniędzy, ale nagrodę zdecydowanie warto sobie wyznaczyć, bo pracoholizm polega między innymi na tym, że człowiek ciągle, bez przerwy wyznacza sobie nowe cele, nigdy nie zatrzymując się, by je docenić. 

Może na zakończenie rozmowy pokusisz się o podanie jednej złotej zasady, którą każdy powinien sobie przyswoić przy wyznaczaniu celów? 

Wpisuj do swoich celów liczby – ile wlezie! Niech cele będą jak najbardziej konkretne i mierzalne. Nawet jeśli to są cele, które teoretycznie trudno wyznaczyć. Gdy na przykład ktoś mówi, że chce mieć lepszy związek, to ja bym mu zaproponował wprowadzenie nowego zwyczaju – urlop trzy razy do roku, czas tylko dla siebie nawzajem, by zadbać o związek i wprowadzić go na właściwe tory. Podsumowując, jak się tylko da, wepchnij do celów jakąś liczbę, bo wówczas będziesz wiedzieć, czy zrealizowałeś swój cel, czy nie. 

Dziękuję Jakub za rozmowę i życzę wielu sukcesów! 

Jakub B. Bączek – jest trenerem mentalnym (zdobył złoty medal z siatkarzami Antigi w 2014 roku) i biznesowym, właścicielem kilku firm, autorem kilkunastu książek.

Kategorie: Rozwój

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *