Nie wierzę w psychologię, wierzę w dobre ruchy ~ Bobby Fischer

Był rok 1972. Amerykanin, Robert James Fischer (znany również jako Bobby Fischer) rozpoczął 11 lipca zmagania o tytuł mistrza świata. Naprzeciw sowiecki obrońca tytułu, Borys Spasski. Po 21 partiach Fischer wygrywa mecz 12,5 vs 8,5 punktu Spasskiego i po raz pierwszy od 35 lat (poprzednio Euwe 1935-1937) na szachowy tron wraca nieradziecki mistrz. 1 września 1972 roku Robert James Fischer został jedenastym mistrzem świata w szachach, a mecz ze Spasskim został określony mianem „meczu stulecia” (również ze względu na rywalizację polityczną mocarstw USA i ZSRR).

Powiedzieć, że Fischer był specyficznym szachistą, to nic nie powiedzieć. Przy okazji wspomnianego meczu stulecia stawiał wiele warunków (podnoszenie puli nagród, gra bez kamer wcześniej przez niego zaakceptowanych, zmniejszenie liczby kibiców itp). Jednocześnie powiedział kiedyś jedno zdanie, które jest co najmniej ciekawe i brzmi: „Nie wierzę w psychologię, wierzę w dobre ruchy”.

Jako wielki zwolennik psychologii opartej na dowodach naukowych nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem Bobby’ego. Równolegle do tego staram się zrozumieć, co miał na myśli, i dochodzę tutaj do ważnej konkluzji. Nieważne jakich trików użyjesz (perswazji itp.). Ważne jest to, czy Twoje ruchy są dobre. Co oznacza „dobre”? Dla każdego co innego, ale ja przyjmuję dobre jako „wystarczająco dobre”.

Lubię grać w szachy. Gdy w nie gram, często pod presją czasu czuję pokusę, by zagrać ruch z pułapką. Moje wieloletnie doświadczenie zebrane przy szachownicy pokazuje jednak, że to nie jest najlepszy pomysł, by osiągnąć najlepszy rezultat. Z perspektywy czasu zauważam, że lepsze są wystarczająco dobre ruchy i skupienie na wytrwałej pracy niż… sztuczki. Sztuczki krótkoterminowo mogą pomóc, ale w długiej perspektywie liczy się praca wykonana u podstaw. Oczywiście – szczypta sztuczek nie zaszkodzi (choćby Michaił Tal, ósmy mistrz świata w szachach, był w nich świetny), ale nie powinny one stanowić głównego arsenału.

Piszę o tym też dlatego, że podobnie jak w szachach, tak i w życiu codziennym, osobistym i zawodowym, często pojawia się możliwość pójścia drogą na skróty. Często jest to intrygujące, przeraźliwie korzystne i skracające czas. I niejednokrotnie dobre. Jednak często okazuje się również po czasie, że czegoś nie doszacowaliśmy. Przykładem może być wybór nowego samochodu. Pomijając sytuacje, w których kupno określonego modelu jest spełnieniem marzenia (dla mnie marzenia są nienegocjowalne), to łatwo wpaść w pułapkę w salonie.

Sprzedawcy są szczególnie dobrzy w psychologię. Czym bardziej ekskluzywna marka, tym lepszy arsenał sztuczek sprzedawcy. Nie oznacza to, że mają tylko sztuczki. Oznacza to jedynie tyle, że warto być uważnym i zastanowić się nad własnym wyborem. Mnie osobiście pomaga w tym podejmowanie decyzji w oparciu o chłodne kalkulacje. W przypadku auta będzie to: cena, spalanie, komfort jazdy, bezpieczeństwo, bezawaryjność itp. W przypadku życiowych decyzji parametry mogą być inne. Ważne jest jednak, by je umiejętnie zdefiniować i porównywać dane z tej samej kategorii. Na przykład zestawiając markę Audi i BMW wziąć pod uwagę wszystkie czynniki i na ich podstawie podjąć całkowitą decyzję, a nie tylko na podstawie 5% rabatu w którymś z salonów.

Są na rynku trenerzy i konsultanci, którzy zachęcają do trików i sztuczek. To skuteczne. Krótkoterminowo. W długiej perspektywie wiedza psychologiczna pomoże, ale w moim odczuciu powinna być elementem wspierającym, a nie czynnikiem wyróżniającym Twoje decyzje. Tak jak najlepsi szachiści – wykonuj dobre ruchy ze wsparciem psychologii.

Szach-mat!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *