„Nikt jeszcze nie wygrał partii poprzez poddanie się” – powiedział kiedyś Ksawery Tartakower, czołowy szachista Polski i Francji w pierwszej połowie XX wieku.

Był rok 2018. Właśnie Łukasz Milewski ogłosił, że do Wrocławia przyleci Nick Vujicic, wystąpi w hali stulecia we Wrocławiu i… jest szansa by razem z nim stanąć na jednej scenie przed 5000 osób. Warunek jest jeden: trzeba wygrać eliminacje.

Jak pewnie się domyślasz, bardzo chciałem wystąpić na jednej scenie z Nickiem. Jego historia jest wielka (facet bez rąk, bez nóg i bez ograniczeń). Jednocześnie czułem, że to może być przełomowe wydarzenie dla mojej kariery. Dlatego ochoczo przystąpiłem do eliminacji, w których wzięło udział ponad 100 osób. Nagrałem 2-minutowy film wyjaśniający dlaczego warto mnie wybrać i… przystąpiłem do działania. Zapraszałem (a właściwie to zaspamowałem) znajomych, prosząc o żebrolajki, żebrokomentarze i żebroudostępnienia. Te żebry nawet całkiem przyzwoicie mi wyszły, bo dostałem się do drugiego etapu.

Wraz z 10 innymi osobami walczyłem o jedno miejsce. Teraz liczyły się głosy uczestników wydarzenia Życie Bez Ograniczeń (ŻBO). No to co? Zacząłem pisać do osób, które miały (lub wydawało mi się, że mogą mieć) bilety na ŻBO. I tak zbierałem, głos po głosie. Kilkoro moich znajomych nawet specjalnie kupiło bilet na wydarzenie, by mnie wesprzeć. Jednak w pewnym momencie coś się zacięło. Moje głosy stanęły. Rywale zyskiwali na sile. Z godziny na godzinę… Pamiętam ten wieczór bardzo dobrze.

Pojechałem na (zaplanowaną wcześniej) imprezę urodzinową mojego znajomego, wręczyłem mu prezent i już chciałem się poddać urokom nocnego życia. W końcu rano o 12:00 mieli już zamknąć głosowanie. Miałem już absolutnie dość tej wyniszczającej walki. I wtedy wydarzyło się coś, czego wcześniej nie zaplanowałem.

Nie potrafię tego wyjaśnić, ale nie wypiłem wtedy ani kropli alkoholu, wziąłem swoje rzeczy i zaledwie po 45 minutach od rozpoczęcia imprezy siedziałem już w moim samochodzie gotowy do powrotu do domu.

Wróciłem najszybciej, jak potrafiłem, i zrealizowałem jedną z najbardziej błyskotliwych idei jak na tamten czas. Włączyłem Facebooka, znalazłem wydarzenie na Facebooku o evencie i… sprawdziłem listę wszystkich osób, które kliknęły „wezmę udział”, a następnie napisałem do nich z prośbą o głos. Trwało to godzinami i padnięty położyłem się spać praktycznie nad ranem. O 11:59 wynik pomiędzy mną a głównym kontrkandydatem wynosił 164:164. 30 sekund do końca 166:164, 15 sekund do końca 168:164, 2 sekundy do końca i… przegrałem 168:170.

Nie mogłem w to uwierzyć. Co się wydarzyło?

12:01, jestem załamany, ale widzę wiadomość od Łukasza Milewskiego na Messengerze. Michał, poczekaj na wyniki, będą o 12:30.

12:15, chwilę przed czasem, Łukasz włącza LIVE i ogłasza, że Łukasz Krasoń i… Michał Kanarkiewicz wystąpią na ŻBO. Łukasz Milewski skraca swoje wystąpienie o 15 minut i oddaje ten czas mnie. Poczułem, że jestem naprawdę bardzo szczęśliwym człowiekiem.

Do wystąpienia doszło i podobno poszło mi całkiem nieźle. Co jednak najważniejsze, już po wydarzeniu podszedł do mnie pewien człowiek, którego imienia do dziś nie znam i powiedział mi: „Przepraszam Cię, Michał”. Pytam go: „Ale za co?”. Odpowiedział: „To ja sprawiłem, że w ostatniej sekundzie przegrałeś. Widziałem Twoją niesamowitą determinację i nie mogę sobie tego darować”. I odszedł.

Tamta krótka rozmowa z nieznajomym zmieniła moje życie. Pokazała mi, że mogę starać się, dwoić, troić i dać z siebie wszystko, ale na końcu – nie wszystko zależy ode mnie. Jednocześnie nauczyłem się, że szczęściu trzeba umieć pomóc i rezygnacja z tej imprezy urodzinowej to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. W końcu – nikt jeszcze nie wygrał partii poprzez poddanie się.

Szach-mat!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *